DEKOMPOZYCJA

 

WOJCIECH TOCHMAN

Dziewczyny nie powinny przyjeżdżać do Juarez. Pustynia ma tutaj kolor kurzu. To tu, to tam porastają ją liche krzaki, na których wiszą białe reklamówki. Setki, tysiące, miliony foliowych woreczków aż po horyzont. Nikomu nie są potrzebne, nikt ich nie sprząta. Co innego opony (widać je wszędzie i czuć, kiedy jest skwar). Mają rozmaite zastosowanie: przyjezdni budują z opon płoty, schody, a nawet mury oporowe, które chronią piaszczyste skarpy przed osunięciem. Bo nie dla wszystkich starcza miejsca, by zbudować dom na płaskim. A każdy musi gdzieś mieszkać.

1.

Juarez było niedużym miastem: ludzie żyli tu z handlu i z uprawy bawełny. Ale wszystko zaczęło się zmieniać trzydzieści lat temu. Dziś już nikt nie wie, ilu ludzi tu mieszka: półtora miliona, dwa, dwa i pół? Kto by ich policzył, kiedy miasto wciąż rośnie, codziennie zabiera kawałek pustyni. Można na nie spojrzeć z góry, z kilku okolicznych wzniesień: jest niskie, bure, wielkie, nie widać, gdzie się zaczyna i gdzie kończy.
Meksykańscy wieśniacy (z Durango, z Veracruz, a nawet z odległego Chiapas) porzucają ciężką robotę na nie swoich plantacjach (dwanaście godzin w słońcu za dolara dziennie) i jadą na północ, by w Juarez przekroczyć granicę z Teksasem. Takie mają plany. Ale nie jest łatwo: Amerykanie odgrodzili się od Meksykanów wysokim metalowym płotem i dobrze go pilnują.
Biedni ludzie (wielu z nich nie potrafi czytać) mają marne szanse. Zostają w Juarez. Trafiają zwykle do zachodniej części miasta, do dzielnicy najbiedniejszych: na Anaprę, gdzie wyją kojoty, kąsają grzechotniki i skąd świetnie widać wieżowce amerykańskiego El Paso.
Urządzanie się zaczynają od beczek: plastikowych albo metalowych. Beczki po toksycznych chemikaliach dają życie: ludzie trzymają w nich wodę, którą cysterna rozwozi raz na tydzień albo rzadziej (na dalekiej Anaprze nie ma wodociągu, kanalizacji, prądu, asfaltu). Beczki stoją przed domami, nie mają przykrycia. Amerykańscy lekarze-wolontariusze (z pochodzenia Meksykanie), którzy czasem zaglądają na Anaprę, tłumaczą ludziom: woda z tłustym kożuchem na wierzchu do niczego już się nie nadaje. Nawet do mycia rąk, które na Anaprze powinno się myć szczególnie często.
Przyjezdni stawiają maleńkie domy z kartonu, paździerzowych płyt, palet, patyków, folii, szmat, blachy ze starego autobusu, pordzewiałych rur wydechowych, zderzaków, kolczastego drutu. W jednej izbie mieszka osiem, czasem dwanaście osób, bo ciągle rodzą się dzieci i ciągle dojeżdżają krewni z południa, którzy z początku nie mają nawet na beczkę. Jeśli większość w domu stanowią mężczyźni, smród rozkładającego się moczu czuć tuż obok wejścia. Jeżeli kobiety - to kilka metrów dalej.
Domy są bez okien - rzadko kogo stać tutaj na szkło. Byle jakiego okna nie ma co robić, okno musi być szczelne, bo wieją tu silne wiatry. Najsilniejszy jest wiatr wielkopostny: porywisty, gwałtowny, z początku gorący, później lodowaty, miota człowiekiem bez litości. Niesie nie tylko reklamówki, psie gówna, jadowite czarne wdowy, tarantule i wszelkie pustynne robactwo, ale przede wszystkim piach. Piachu w powietrzu jest tyle, że ledwo co widać.
Wiatr zasypuje wraki samochodów, ale nie nadąża. Ludzie są szybsi: codziennie zwożą na pustynię setki samochodowych szkieletów (bez drzwi, foteli, kierownic, zderzaków, opon). Skąd oni tyle tego biorą?
Kiedy mają już beczki i mają już dach, wsiadają do autobusu i jadą na wschodni kraniec miasta. Z przesiadką w centrum, gdzie można: złamać nogę, bo dziury w chodnikach są głębokie nawet na pół metra; potknąć się o żebrzącą Indiankę, o kota, o psa (często już się rozkłada, zwłok zwierząt nikt tu nie sprząta); kupić kokainę, jak kupuje się cukierki (heroinę też); fałszywy paszport, drogo; dwunastoletnią kurwę, tanio; jeszcze taniej pornokomiksy na ulicznych stoiskach z prasą (oral, anal, animal, sadomaso, czego dusza zapragnie); posłuchać Słowa głoszonego przez nawiedzonego pastora ("Bóg cię poprowadzi, jeśli mu zaufasz"); stracić portfel, wpaść przypadkiem w strzelaninę albo zniknąć bez wieści.
Na wschodzie miasta stoją fabryki - maquiladory. Jedna obok drugiej, wyglądają jak supermarkety. Czterysta maquilador można naliczyć w Juarez. Światowe koncerny (np. Philips, Thompson, Johnson & Johnson) znalazły tutaj ćwierć miliona tanich robotników, którzy godzą się pracować za cztery dolary dniówki. Tutejsi socjologowie obliczyli, że w Juarez można przeżyć, jeśli mieszka się w rodzinie, w której zarabiają co najmniej trzy osoby. Bo połowa mieszkańców miasta - ci, którzy pracują poza fabrykami - nie zarabia nawet tych czterech dolarów na dzień. Płaca minimalna na drugim brzegu Rio Bravo - już w Stanach Zjednoczonych - to dziesięć razy tyle.
Nikt tu nie myśli o tym, by kształcić dzieci. Z Anapry na uniwersytet raczej nikt nie trafia. Rodzice posyłają dzieci do roboty zaraz po podstawówce: trzynastolatkom załatwiają fałszywe dokumenty, w których są pełnoletnie, jak wymaga prawo pracy.
W maquiladorach pracują głównie młode kobiety. Zanim zaczną, muszą zrobić testy ciążowe. Kiedy już pracują - przynajmniej te ładniejsze - muszą spełniać wyuzdane życzenia swoich szefów. To jest tutaj normalne, o tym się mówi.
Robotnice wstają w środku nocy, idą przez ciemną i chłodną pustynię, łapią autobus, jadą na drugi koniec miasta, na pierwszą zmianę. Po południu, kiedy na pustyni jest skwar, idą kolejne. Wracają do domów przed północą. Jeśli pozwoli im Diabeł, który jakiś czas temu zamieszkał w Juarez.

2.

Maria del Carmen jest przed pięćdziesiątką, ma ciemne włosy, życzliwe spojrzenie i szeroki uśmiech, jakby akceptowała bez cienia żalu wszystko to, co przynosi jej życie i sąsiedztwo.
Mieszka w domu z palet na Lomas de Poleo - to ta część Anapry, gdzie Diabeł bywa z pewnością. Tu znaleziono osiem ciał kobiet w rozkładzie. Tu, niedaleko, mieszkała Sagrario Gonzalez Flores. Miała szesnaście lat. Uczyła katechizmu, pisała wiersze, śpiewała w kościelnym chórze, pracowała w maquiladorze General Electric. Podobno właśnie w fabryce ktoś ją wcześniej fotografował (dziewczyny w Juarez mówią, że ktoś ogląda zdjęcia i tak wybiera ofiary). Zaginęła któregoś kwietniowego popołudnia (1998). Jej szczątki znaleziono wiele kilometrów stąd, na przeciwległym końcu miasta: na pustyni Lote Bravo. Maria del Carmen pochodzi z południa, do Juarez przyjechała z mężem piętnaście lat temu. Handlowała na ulicy ciuchami, ale po tym, co pięć lat temu przydarzyło się jej synowej, zrezygnowała z pracy, by jej pilnować, bo mieszkają razem. Musi również pilnować najmłodszej córki (starsze już się wydały i wyprowadziły, ich pilnują mężowie). Pięć lat temu synowa (wtedy piętnastoletnia) szła do domu pustą piaszczystą drogą, gdy zaczepili ją policjanci. Zatrzymali radiowóz, otworzyli drzwi, obrażali. Biegła, oni za nią. Chcieli ją wciągnąć do samochodu, bez wątpienia porwać. Ale akurat nadjechała znajoma teściowej. Wzięła ją do swojej furgonetki i zawiozła do domu. Policjanci jechali za nimi. Wiedzą, gdzie mieszka. Wiedzą, że jest piękna. Strach: ludzie mówią (to jest jedna z hipotez), że Diabeł chodzi w policyjnym mundurze.
Dom utrzymuje mąż Marii del Carmen, dlatego zwykle w domu go nie ma: pracuje po dziesięć godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu, od piętnastu lat bez żadnego urlopu. Też handluje ciuchami. Pracuje na czarno, rodzina nie ma ubezpieczenia. Kiedy ktoś zachoruje, jadą do miejskiego szpitala, gdzie za receptę trzeba zapłacić tyle, ile mąż zarabia przez trzy dni. Strach pomyśleć, co będzie, kiedy przyjdzie poważna choroba. Wiadomo co: ludzie na Anaprze czasem popadają w śpiączkę albo przeciwnie, głośno wyją z bólu, umierają w mękach i nikt nie wie, na jaką chorobę.
Mąż zarabia tyle, że do dzisiaj - choć i syn pracuje - nie stać ich na okna. Ale jakoś przez te lata udało im się do pierwszej izby dobudować drugą, trzecią, a potem czwartą. W domu jest czysto, stoją krzesła, stół, łóżka i koza do ogrzewania. Zupa, którą jedzą najczęściej, jest makaronowa, bo na fasolową rzadko ich stać.
I tak mają dobrze: wielu chodzi tu głodnych.
Miasto z czasem wchłania osiedla nędzy: domy dostają adres (Maria del Carmen już go ma), dojeżdża do nich autobus (jest trzy razy na dzień), dochodzi prąd (jest od roku), woda płynie w kranie (ciągle nie ma, przed domem stoją beczki), wreszcie kładą asfalt (jak na razie na Lomas de Poleo nie ma na asfalt widoków), ludzie stawiają małe parterowe domy z pustaków (u Marii del Carmen na to się nie zanosi), miasto buduje szkołę (jest, piętnaście minut spacerem), powstają sklepy (dwadzieścia minut), rozmaite świątynie (tego nie brakuje), sierocińce (jest całkiem niedaleko). Państwo legalizuje nędzę.
Matki zamordowanych dziewczyn stawiają różowe krzyże.

3.

Pierwsze ciała zamordowanych dziewczyn znaleziono dziesięć lat temu (1993). Było ich dwanaście. Leżały rozrzucone na Lote Bravo. Wiadomo (z układu kości, złamań kręgów i z tego, co dało się wyczytać z nie do końca rozłożonych tkanek), że ofiary były bite, gwałcone, wreszcie uduszone. Ludzie mówią, że od tego czasu Diabeł mieszka w Juarez, ale czy to prawda? Czy nie zamieszkał tu wcześniej? Kiedy dokładnie zaczęły się seryjne zaginięcia? Tego nie wiemy, policja udziela niekonkretnych informacji. Zresztą nikt tu policji nie wierzy. Władze ogłosiły: ofiary były prostytutkami. Prowadziły podwójne życie: mieszkały z rodzinami, a wieczorami poznawały ludzi spod ciemnej gwiazdy. Jednej z nich udało się uciec z domu mordercy.
Aresztowano go (1995). Nazywa się Latif Sharif, jest z pochodzenia Egipcjaninem osądzonym kiedyś w Stanach Zjednoczonych za gwałt (trochę posiedział) i deportowanym do Meksyku. Prasa napisała, że ma oczy mordercy. Policja oświadczyła, że to on był seryjnym zabójcą. Dramat się skończył, kobiety są bezpieczne.
Egipcjanin przekonywał, że jest niewinny. Udało się udowodnić mu jedno morderstwo i skazać na trzydzieści lat więzienia.
Kobiety ginęły dalej. Najczęściej w centrum, kiedy zmieniały autobus. To tu, to tam (na wschodzie, zachodzie i południu miasta) znajdowano kolejne ciała wyrzucone na pustynię jak śmieci. Pojedynczo albo w całych grupach (jak na Lomas de Poleo, nieopodal domu Marii del Carmen, gdzie teraz stoją różowe krzyże). Piersi zabitych były pogryzione, pocięte albo odcięte.
Ludzie zaczęli powtarzać, że kobiety są ofiarami rytualnych mordów. To szczególnie przeraziło tutejszych: mężczyźni jadą z ofiarą na pustynię, stają w szczelnym kręgu, ofiara miota się wewnątrz, krzyczy. Straszne rzeczy opowiadano. Władze zastanawiały się w telewizji: może wprowadzić godzinę policyjną? Dobrzy ludzie zostaną na noc w domach, źli na ulicy.
Aresztowano gang Rebelsów, który rządził jedną z dyskotekowych ulic w centrum miasta. Ogłoszono, że to im Latif Sharif z więzienia zlecał morderstwa, płacąc słono za każdą kobietę z osobna. Policja znowu: dramat się skończył.
Ale kobiety nadal znikały. Podobno przynajmniej jedna na tydzień. Zawsze te z biednych rodzin. Diabeł wie, że córek bogatych i wykształconych rodziców mordować nie należy. Wie, że biedne można zabijać bezkarnie. I ludzie to zrozumieli: władza nie chce odnaleźć mordercy. Wszyscy tu wiedzą (mówią o tym także liczne międzynarodowe raporty), że korupcja meksykańskiego wymiaru sprawiedliwości jest nie do ogarnięcia. Skorumpowani są policjanci, prokuratorzy, sędziowie. Wielu z nich należy do świata mafii.
Tutejsze organizacje pozarządowe - na podstawie doniesień lokalnej prasy, która lubi sensację - zaczęły liczyć zamordowane: już pięćdziesiąt ciał.
Kolejne matki z dzielnic biedy zgłaszały policji zaginięcia córek. Policjanci uspokajali je: rozerwie się i wróci, córka ma własne życie, pewnie znalazła narzeczonego. Matki mówiły, że nie, że znają swoje córki, że do nich to niepodobne. Policjanci śmiali się, drwili, obrażali. Matka wie, tłumaczyły im, kiedy córka chce odejść i zacząć własne życie. Szukajcie.
Aresztowano kolejny gang, policja znowu powtórzyła: dramat się skończył.
Znowu kolejne ciała: już sto, sto sześćdziesiąt, już dwieście.

4.

Niedziela w Juarez. W niedzielę Meksykanie idą na mszę, a potem kopią piłkę albo oglądają, jak kopią ją inni. Tak jest od zawsze. Ale niedawno (tutejsi mówią, że dziesięć lat temu) na boiska wybiegły dziewczęta. Stworzyły drużyny, zorganizowały rozgrywki: jest tu kobieca liga młodzieżowa, jest liga miejska (niemal każde osiedle ma po kilka damskich drużyn), jest liga międzyfabryczna.
Najtańsza tutejsza rozrywka: z robotnicami kopią piłkę uczennice, studentki. Także bezrobotne, bo niektóre fabryki znalazły jeszcze tańszych ludzi w dalekich Chinach i tam przenoszą produkcję. Bezrobocie w Juarez rośnie.
Dziewczyny biegają po wielkim klepisku, ostro grają, agresywnie, głośno.
Już dwieście pięćdziesiąt ciał znaleziono, już trzysta. Kolejne różowe krzyże.

5.

Słońce pali, nie ma cienia, nie ma żadnego ruchu, człowieka. Cmentarz na południu miasta jest wielki i biedny. Rodziny chowają zmarłych w piachu, rzadko kogo w Juarez stać na cementowy nagrobek. Drewniane krzyże wyłamuje wiatr i zwykle nikt nie stawia już nowych. Ludzie nie dbają o groby, odwiedzają swych zmarłych raz w roku albo wcale. Nie mają czasu, siły na cmentarz, pieniędzy na autobus. Muszą myśleć o żywych, którzy w domu codziennie wołają o jedzenie. Umarłych zostawiają Bogu i śmieciom (woreczkom, które wiszą na krzyżach). Groby nikną, bo albo z ziemią równa je wiatr (z piachem raczej) albo woda (kiedy padają tu silne deszcze) wypłukuje kości i niesie je daleko na skraj cmentarza. Bywa jeszcze inaczej: mafia wykopuje ciało człowieka, którego wcześniej zamęczyła na śmierć. Ale widać tortur było zbyt mało, bo ciało ginie z grobu bez wieści, a rodzina dostaje pocztą tylko palec albo całą rękę w paczce przewiązanej kokardą. Nic w Juarez nie dziwi.
Jest człowiek na pustym cmentarzu: Josefina Gonzalez, szczupła, wysoka, już niemłoda. Nie ma pieniędzy, ale stara się ładnie ubierać. Żyje dla córki: tej, którą jeszcze ma. Syna pochowała niedawno, zmarł na raka. Nie miał trzydziestki. Tu leży. Druga córka Josefiny Claudia Ivete, leży tu.
Był 10 października 2001 roku. Autobusem 1A córka pojechała do fabryki na popołudniową zmianę, gdzie od czterech lat składała części do samochodów. Podobno spóźniła się dwie minuty i strażnik już jej do pracy nie wpuścił. Została wyrzucona. Czekała pod bramą chyba z pół godziny, aż wyjdzie do niej kadrowa, ale nie wyszła. Strażnik najpierw opowiadał, że Claudia wsiadła do autobusu, ale potem stwierdził, że nie wiedział nic. Ludzie w Juarez wolą niczego nie widzieć.
Policja kazała matce dać zdjęcie zaginionej i więcej się nie odzywała. Miesiąc później Josefina Gonzalez zobaczyła w telewizji, że przy Paso de la Victoria znaleziono ciała młodych kobiet. Natychmiast tam pobiegła. To ruchliwa ulica na przedmieściach, nieopodal fabryk.
Już na miejscu usłyszała od gapiów, że w rowie przy polu bawełny ktoś wszedł na zwłoki, wezwał policję. Odkryto pięć ciał. Medycy sądowi stwierdzili ich całkowitą dekompozycję - pięć szkieletów. Morderca strzygł swe ofiary, obcięte włosy leżały obok czaszek. W innym rowie, dwieście metrów dalej: kolejne trzy ciała, nagie od pasa w dół. Choć te kobiety zamordowano niedawno, ich twarze nie nadawały się już do identyfikacji (morderca wie, jak podrzynać gardło, by twarz rozkładała się szybciej niż reszta ciała).
Policja, po ubraniach, ustaliła tożsamość ofiar:
Claudia Ivete Gonzalez, dwadzieścia lat, zaginęła 10 października 2001;
Laura Berenice Monarrez, siedemnaście lat, zaginęła 25 września 2001;
Veronica Martinez Hermandez, dziewiętnaście,19 października 2001;
Esmeralda Herrera Monreal, piętnaście, 29 października 2001;
Mayra Reyes Sollis, siedemnaście, 25 lipca 2001;
Maria Acosta Ramirez, dziewiętnaście, 25 kwietnia 2001;
Barbara Martinez Ramos, dwadzieścia, 26 grudnia 2000.
Guadelupe Luna de la Rosa, dwadzieścia, 30 września 2000.
Rodziny miały wątpliwości (i Josefina je miała), bo wszyscy tu wiedzą, że poprzednie ofiary (te znalezione rok, pięć i osiem lat wcześniej) ubrane były w nie swoje ciuchy (czyje? nie wiadomo). Rodziny zażądały badań DNA. Pobrano krew od matek i razem z odnalezionymi szczątkami posłano do laboratorium w stolicy. Porównanie kodu DNA ofiary z DNA matki daje pewność, czy to jej córka, czy zupełnie ktoś inny. Genetycy z Mexico City długo nie odpowiadali, aż wreszcie przysłali wiadomość: z powodu degradacji szczątek nie są w stanie określić pełnego profilu DNA ofiar. Nie są w stanie powiedzieć, kim są zamordowane. Są jednak pewni, że kości, które badali, nie należą do córek tych matek, które do badania oddały krew.
Dziwne: wszyscy wiedzą, że gdzie indziej na świecie specjaliści określają pełny profil genetyczny nie tylko zwęglonych ofiar zamachów terrorystycznych (np. po zamachu na wyspie Bali) i ofiar wojen, które przez dziesięć lat leżały w masowych mogiłach (np. w Bośni), ale potrafią także określić DNA mumii znalezionych w egipskich piramidach. Ale w Meksyku nie, w Meksyku genetycy mówią: szczątki niedawno zabitych już się nie nadają. Policja w Juarez uznała, że skoro genetycy nie potrafią powiedzieć, kim są ofiary znalezione w rowach przy Paso de la Victoria, to nie mogą twierdzić, kim ofiary nie są.
Są córkami tych matek! - tak ostatecznie postanowiono w tutejszej prokuraturze. Będą miały te nazwiska, które nadano im na podstawie ubrań.
Matki zabrały ciała.
Josefina Gonzalez pochowała córkę. Wierzy, że to jej córka. Każda matka by uwierzyła. To lepsze od dręczącej niewiadomej, od sennych koszmarów co noc, od złych myśli, które roją się w głowie, i strasznych pytań bez odpowiedzi: gdzie ona jest? kto ją męczy i jak? Pogrzeb jest jakąś ulgą, pożegnaniem, po pogrzebie zostaje grób. Grób jest lepszy niż nic, jest konkretny. Grób można odwiedzić, dotknąć deski krzyża i wierzyć, że cierpienie z czasem stanie się do wytrzymania, a niepokój ustąpi i pozwoli spać.
Josefina Gonzalez uzbierała trochę pieniędzy i na grobie córki wylała cement. Na grobie syna jeszcze nie. A powinna, bo wiatry równają groby z ziemią, woda wypłukuje, mafia kradnie.

6.

Piątek. Robotnice kończą pracę, pędzą do domu, myją się, malują, stroją, w co mają najlepsze, i wieczorem jadą potańczyć do centrum. Nie mają nawet stu pesos na takie zbytki, ale do dyskoteki wchodzą za darmo, w przeciwieństwie do mężczyzn, którzy muszą płacić. Dziewczyny nie mają na drinka, rozglądają się za facetami, uśmiechają, faceci chętnie im stawiają. Gra muzyka, ludzie tańczą, jest głośno, ciasno, gorąco, duszno, jest coraz więcej alkoholu, są narkotyki, jest tani hotel za rogiem: dla niektórych owoc zakazany, dla innych jedyna w tygodniu rozrywka, dla jeszcze innych początek ciężkiej roboty w lokalnym seksbiznesie. Tutejsi powtarzają, że wszystko, co na świecie jest nielegalne, dostaniesz wieczorem w śródmieściu Juarez.
Wszystko? Może Diabeł dlatego tu bywa: porywa dziewczyny (on lub posłannicy, którzy działają na jego zlecenie), więzi, torturuje, gwałci, dusi, filmuje. To jest kolejna hipoteza, o której w Juarez się mówi: ktoś produkuje tu tzw. filmy ostatniego tchnienia. Sprzedaje śmierć na wideo, teraz już pewnie na DVD. Szaleńcy sporo płacą producentom za rozkosz przed telewizorem. Producenci mają na to, by dać komu trzeba i przykazać, by nie przeszkadzał w zabijaniu.

7.

Miriam Evelyn (odcięli jej właśnie wodę, bo nie płaciła rachunków) ma dwadzieścia dziewięć lat i dwoje maleńkich dzieci. Jej życie zmieniło się w ciągu kilku minut, wieczorem, tamtej jesieni (2001), niedługo po tym, jak przy Paso de la Victoria znaleziono osiem ciał kobiet.
Jej mąż był kierowcą autobusu 1A. Tamtego wieczoru - tak relacjonuje Miriam Evelyn - wcześnie wrócił do domu. Było już po siódmej, zjedli kolację, szykowali dzieci do łóżek, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
Victor Javier Garcia? - zapytał nieznajomy mężczyzna.
Tak, to ja - odpowiedział mąż. I natychmiast dostał cios w twarz. Mężczyzna złapał Victora za koszulę i z pomocą innych nieznajomych wywlókł go przed dom. Cisnęli nim o samochód. Stało tam ze trzydzieści cywilnych samochodów i mnóstwo mężczyzn. Nikt się nie przedstawił, nie mówił, o co chodzi. Bili Victora, kopali, krwawił. Przystawili mu rewolwer do skroni. Miriam Evelyn trzymała córkę na rękach, nie rozumiała, co się dzieje, krzyczała. I oni krzyczeli, obrażali ją. Wepchnęli Victora do samochodu, odjechali.
Miriam Evelyn pomyślała, że to porwanie dla okupu, to się w Meksyku zdarza, to jest tutaj normalne. Zrozumiała, że już nigdy męża nie zobaczy, bo nigdy nie będzie miała tylu pieniędzy, by go wykupić.
Zostawiła dzieci pod opieką rodziców (mieszkają nieopodal), pobiegła na policję, do prokuratury. Nikt nie potrafił jej pomóc, nikt nie chciał. Wróciła, nie mogła usiedzieć w domu, znowu pobiegła, szarpała prokuratorów, krzyczała: róbcie coś! Wreszcie zaczęli z nią rozmawiać. Pytali, jakie samochody podjechały pod dom, jak wyglądali mężczyźni, którzy porwali męża. Powiedzieli, że pojadą go szukać. Zaproponowali, żeby pojechała z nimi. Jeździli długo po mieście, grozili jej rewolwerem, kazali cicho siedzieć i czekać, wreszcie zostawili na ciemnej ulicy.
Nazajutrz zawołano ją, by obejrzała zwęglone ciało. Obejrzała.
To nie mój mąż - powiedziała, choć wcale nie była tego pewna.
Jeździła od komisariatu do prokuratury, od urzędu do urzędu. Szukała pomocy. Wreszcie trafiła do akademii policyjnej na południu miasta. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że tutaj mieści się specjalna sekcja prokuratury, która ma wyjaśnić morderstwa kobiet. Policjant, który rozmawiał z Miriam Evelyn, miał w ręku pałkę (elektryczną, ale wtedy Miriam tego nie zauważyła). Inny mężczyzna, którego dostrzegła z korytarza, siedział na krześle w głębi pokoju. Miał obandażowaną twarz. Dawał jakieś znaki ręką, ale ich nie rozumiała. Był inaczej ubrany niż wczoraj jej mąż, nie przyszło jej do głowy, że to może być on (ofiary tortur mają zwykle tak pokrwawione ubrania, że daje im się nowe na zmianę).
Wróciła do dzieci, dała im jeść, położyła spać, włączyła telewizor, na ekranie zobaczyła męża. Miał obrzmiałą, pokaleczoną twarz. Usłyszała, że razem z innym kierowcą miejskich autobusów jest oskarżony o zgwałcenie i mord ośmiu kobiet znalezionych kilka dni temu w rowach na polach bawełny.
Prokuratorzy przed kamerami: seryjni mordercy schwytani, dramat się skończył. Kobiety w Juarez, jesteście bezpieczne.
Miriam Evelyn usiadła na krześle i zrozumiała, że nie ma już kogo prosić o pomoc. Poczuła strach: jak długo mąż wytrzyma tortury? skąd wziąć na rachunki? na jedzenie dla dzieci?

8.

Policjanci torturowali męża Miriam Evelyn i domagali się, by wydał wspólnika (założyli, że taki musiał być). Bili, kopali, pałką elektryczną przypalali genitalia. Podał pierwsze nazwisko, jakie mu przyszło do głowy: kolegi z pracy, z którym tego dnia pomachali sobie na powitanie, kiedy mijali się, jadąc autobusami w przeciwnych kierunkach.
Był to Gustavo Gonzalez Meza - mąż Bianki Guadelupe Lopez.
Bianca Guadelupe od niedawna jest w żałobie po mężu. Mówi, że Bóg musi jej dać teraz dużo siły: musi żyć dla dzieci. Ma dwadzieścia trzy lata. Miała szesnaście, gdy poszła pracować do fabryki. Codziennie w autobusie spotykała tego samego kierowcę, był tęgi, trochę od niej starszy, codziennie ją zagadywał, kiedy wysiadała na końcowym przystanku tuż pod domem. Robił to grzecznie, taktownie (nie wszyscy z takim szacunkiem podrywają tutaj dziewczyny). Pobrali się po jakimś czasie, urodziła mu trójkę dzieci.
Negra! Czarna! - tak do niej zawsze mówił z pieszczotą. Także wtedy, na kilka chwil przed aresztowaniem.
Bianca mogła zobaczyć męża piętnaście dni później (podobnie Miriam Evelyn). Mówił jej o pałce elektrycznej, o biciu w stopy, o krwi, którą miał w moczu. Pokazywał siniaki, ropiejące rany po petach i przepuklinę - efekt tortur.
Kazali im się przyznać do zabicia ośmiu dziewczyn, ale Bianca wie dobrze, że to nie mąż zabijał (i Miriam Evelyn jest przekonana o niewinności swego męża).
Przyznali się. Ich zeznania, choć zapewne nie przesłuchiwano ich razem, są identyczne i precyzyjne: pierwsze i drugie imiona ofiar, nazwiska, adresy, szczegóły garderoby, opis porwania, torturowania, mordu.
Prokuratura oprócz zeznań chciała mieć jeszcze niepodważalne dowody. Ich spreparowanie zlecono Oskarowi Maynezowi - szefowi laboratorium kryminalistycznego. Jego ludzie mieli wejść do autobusów, które na co dzień prowadzili uwięzieni kierowcy, i tam, między fotelami, rozsypać włosy ofiar znalezionych w rowach na polu bawełny. Szef laboratorium odmówił, odszedł z pracy (2002) i powiedział o tym wielu ludziom. Teraz odbiera anonimowe telefony. Słyszy, że zginie już wkrótce. To w Juarez normalne: grozi się żonom niewinnie uwięzionych (masz dzieci, siedź cicho); grozi dziennikarzom, którzy zadają zbyt dużo pytań (kilku zaginęło bez wieści); grozi byłym szefom więzienia, którzy nie kryją, że policja torturuje aresztowanych; grozi adwokatom, którzy głośno powtarzają, że skorumpowana władza sprzyja seryjnemu mordercy. Ktoś zajeżdża im drogę, przecina przewody hamulcowe, podrzuca zdechłe ptaki, po nocach świeci reflektorami w okna.
Adwokat męża Bianki Guadelupe został zastrzelony przez policję, kiedy jechał samochodem główną ulicą Juarez (2002). Stało się to w jasny, słoneczny dzień. Policjanci pomylili się, tak to oficjalnie wyjaśniono. Sądzili, że to pewien handlarz narkotyków, a nie szanowany młody mecenas. Takie pomyłki w Meksyku się zdarzają, to w Meksyku nic nadzwyczajnego. Przez pomyłkę zastrzelono córkę i męża pewnej antropolog sądowej, która rekonstruuje wizerunki zamordowanych kobiet i często ma na ten temat własne zdanie.
Bianca Guadelupe urodziła czwarte dziecko, córkę. Mąż cieszył się.
Kiedy ostatni raz odwiedziła go w areszcie (luty 2003) długo rozmawiali o wolności. Siedział już piętnaście miesięcy, bez sądu. Mówił, że ufa Bogu, Bóg jest sprawiedliwy, Bóg to jakoś rozwiąże, przerwie.
Mówił, że wreszcie będą mu operowali przepuklinę, w czwartek.
Zadzwonił w piątek, że już po wszystkim, czuje się dobrze.
Przyjedziesz do mnie w niedzielę, Negra?
Obiecała, że tak.
Zadzwonili w sobotę. Powiedzieli: twój mąż nie żyje.
Wyjaśniali, że to zakażenie, sepsa.
Później, że kłopoty z krążeniem.
Nic nie wiadomo. Bianca nie ma dokumentów z sekcji zwłok, nikt jej nic takiego nie dał, nic więcej nie wie. Musi mieć teraz dużo siły, tyle wie. W domu smaży hamburgery, pakuje je na drewniany wózek i sprzedaje w okolicy.

9.

Na pustyni ktoś znowu znalazł zamęczone ciała. Prokuratura najchętniej by to ukryła, ale lokalni dziennikarze mają nasłuch na policyjne radio. Słyszą w swoich krótkofalówkach, co dzieje się w mieście, i nazajutrz piszą o tym w gazetach. Zjeżdżają się reporterzy ze Stanów Zjednoczonych, z Europy. Rozmawiają z rodzicami zamordowanych kobiet, podają im chusteczki. Starają się o rozmowę z szefową specjalnej sekcji prokuratury, powołanej, by wyjaśnić morderstwa kobiet. Szefowa jest ładna, ma dwadzieścia dziewięć lat i zakaz publicznych wypowiedzi. Można starać się o rozmowę z rzecznikiem prasowym, ale nie jest to łatwe. Trzech dni potrzeba, by rzecznik zechciał podejść do telefonu i uzgodnić z dziennikarzem termin spotkania. Trzeba czekać pięć godzin pod drzwiami, bo rzecznik czasu nie liczy, spóźnia się. To w Meksyku normalne, trzeba się cieszyć, że w ogóle przychodzi. Nazywa się Manuel Adolfo Esparza, jest po trzydziestce, mówi biegle po angielsku (co w przygranicznym Juarez jest rzadkością), mówi dużo, kwieciście, z uśmiechem. Opowiada o kolejnych aresztowanych: o Egipcjaninie, który zabił siedem kobiet, ale udowodniono mu tylko jedno morderstwo; o gangach, które też mordowały; wreszcie o dwóch młodych kierowcach, którym udało się udowodnić seryjne zbrodnie. Pytania o wymuszanie zeznań torturami (i to w tym budynku!) wcale rzecznika nie dziwią. Na wszystko jest przygotowany, na każde pytanie ma od razu odpowiedź: brutalność policji, tortury na komisariatach to problem historyczny, tak kiedyś w Meksyku było, ale tego już nie ma, proszę państwa, kto by na to pozwolił, to jest nie do pomyślenia.
Badania DNA? Trudno wierzyć naszym stołecznym specjalistom, tacy oni są niekompetentni, musimy liczyć sami na siebie.
Statystyki? Bardzo proszę: w ciągu ostatnich dziesięciu lat w Juarez zaginęło cztery tysiące siedemset kobiet, z czego cztery tysiące sześćset trzydzieści wróciło do domu, całe i zdrowe wróciły. Siedemdziesięciu wciąż szukamy.
W statystykach rzecznika nie ma tych zaginionych, których ciała już odnaleziono, ale rzecznik wierzy, że reporterzy się ich nie doliczą. Zasypać rozmówcę kolejnymi liczbami, podać dużo liczb, pomieszać je, utopić w masie słów, w uśmiechach, minach, gestach, zrobić bałagan w głowie, to rzecznik świetnie potrafi: tylko piętnaście kobiet padło ofiarą seryjnego mordercy, nie więcej.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat odnotowaliśmy w Juarez siedemdziesiąt cztery przypadki zabójstw kobiet na tle seksualnym, ale to wcale nie morderstwa seryjne, bo sprawców było zapewne wielu. Spośród tych siedemdziesięciu czterech przypadków dwadzieścia kobiet wcześniej poszukiwano jako zaginione.
Rzecznik dobrze wie, kiedy użyć słowa "przypadek", a kiedy "kobieta": gdy policja znajduje osiem ciał w jednym miejscu (jak te w rowach przy Paso de la Victoria), prokuratura liczy je jako jeden przypadek, tak zaniża statystyki. O tym rzecznik nie wspomina, po co być tak precyzyjnym.
Ale podaje kolejne liczby, które trzeba wyławiać z potoku słów: dwieście trzydzieści trzy - tyle kobiet w sumie zamordowano w mieście przez ostatnie dziesięć lat. Większość z nich to prostytutki, dziewczyny uwikłane w przemyt narkotyków albo - to nie jest rzadkie - ofiary przemocy domowej. Ale nie ofiary seryjnego mordercy. Takiego problemu już w Juarez nie mamy. Coś jeszcze chcecie wiedzieć? Coś jeszcze zrozumieć?

10.

Ile kobiet zaginęło w Juarez? Ile kobiet zabił seryjny morderca? Ile ciał odnaleziono? W Juarez jest kilka organizacji pozarządowych, które zajmują się tym problemem. Ale niewiele wiedzą, trudno uzyskać odpowiedzi na konkretne pytania. Nikt nie prowadzi porządnej dokumentacji, rejestrów, bazy danych, a policja nie chce dać organizacjom szczegółowych list.
Nikt w organizacjach nie liczy zaginionych kobiet. Jedni mówią: zaginęło tysiąc, może dwa tysiące. Inni twierdzą: już pięć tysięcy. Skąd te szacunki? Tego nie wiadomo.
Wiadomo na pewno, że o wielu zaginięciach nikt nie wie: wiele dziewczyn przyjeżdża z południa samotnie, ich bliscy mieszkają o dwadzieścia godzin drogi stąd, nie mają telefonów, nie potrafiliby nawet przez telefon porozmawiać, kontakt się szybko urywa. Dziewczyna ginie, jej ciało rozkłada się na pustyni, a rodzice wierzą, że przekroczyła granicę i tam układa sobie szczęśliwe życie z przystojnym i bogatym obywatelem USA. Nikt dziewczyny nie szuka.
Działaczki pozarządowe powtarzają: ginie co najmniej jedna kobieta w tygodniu. Giną coraz młodsze, dzieci nawet. Już trzysta pięćdziesiąt ciał, tyle kobiet na pewno zamordowano w Juarez. Może działaczki mówią prawdę, może mają rację, ale w żaden sposób nie potrafią tego udokumentować. Tylko jedna organizacja - Casa Amiga - ma na swych twardych dyskach jakąś tabelkę z konkretnymi liczbami. Esther Chavez Cano - szefowa organizacji - teraz ją drukuje, w ciszy porównuje z inną tabelą. Coś się jej nie zgadza, coś poprawia długopisem.
Od kilku lat na podstawie doniesień prasowych Esther liczy morderstwa. Lokalne dzienniki codziennie o nich piszą: w ten weekend w Juarez zamordowano siedem osób! W pierwszych trzech miesiącach tego roku aż sześćdziesiąt siedem! Gazety publikują zdjęcia worków, w których są zwłoki. Bywa tak, że jednego dnia na jednej stronie zamieszczają aż trzy takie fotografie: czarny worek z zawartością leży na asfalcie, na chodniku, na piachu, na polu bawełny, w rowie albo już na noszach. Czasem na fotografii są worki białe albo w ogóle ich nie ma, ciała nie są niczym okryte: "eksperci z prokuratury zbierają szczątki spalonego mężczyzny" albo "znaleziono szczątki lekarza zamordowanego z zemsty, po tym jak doniósł o napadzie na kobietę".
Esther Chavez Cano wcale nie liczy zamordowanych mężczyzn, to nie jej sprawa: mężczyźni to świat narkotyków, złodziejstwa, kontrabandy, seksbiznesu, brudnych pieniędzy i codziennych egzekucji. Esther interesują jedynie morderstwa kobiet.
Sama, choć z wykształcenia jest księgową, klasyfikuje zbrodnie: dziewięćdziesiąt cztery w ciągu dziesięciu lat zabił seryjny morderca. Tego jest pewna.
Tyle ciał na pewno odnaleziono na pustyni.
Kolejne sto siedemdziesiąt to "inne przypadki", głównie ofiary przemocy w domu.
Meksykańscy macho, którzy nie mają na życie, mają zwykle (tak jak na całym świecie) na alkohol. Są niewykształceni, nie pracują, chleją tequilę, biją żony i dzieci, zabijają je. Na liście Esther są kobiety uduszone (worek na głowie), powieszone, zastrzelone, zasztyletowane, utopione, zaczadzone, ciągnięte po piachu na lince holowniczej, podpalone (razem z dziećmi i całym domem).

11.

Na pustynnym wzniesieniu Christo Negro odnaleziono ostatnio trzy ciała (luty 2003). Do zakładu medycyny sądowej wezwano Artura Sandovala, pana po pięćdziesiątce.
Arturo do Juarez przyjechał wiele lat temu z Zacatecas. Tam uprawiał fasolę, kukurydzę i chili, co nie mogło dać utrzymania jego licznej rodzinie. Dzieci dorastały, rodziły się nowe, ojciec wierzył, że właśnie w Juarez dzieci znajdą pracę.
Pokazano mu jedno z ciał: paznokcie pomalowane na biało, jedyny konkret, twarz w zupełnym rozkładzie. Włosy obok, jakby obcięte, ale wciąż spięte charakterystyczną kolorową gumką. I czarna koszulka z półgolfem, bez rękawów, jedyne ubranie znalezione przy kobiecych zwłokach. Tak - powiedział Arturo Sandoval - to moja córka.
Juanita Sandoval zaginęła jesienią, kilka miesięcy wcześniej. Ale, według medyków sądowych, zabito ją całkiem niedawno. Była przetrzymywana przez dwa, może trzy miesiące, są ślady tortur. Tyle ojciec wie. Po co takie rzeczy opowiadać ojcu, zostawić go z obrazem córki męczonej przez Diabła tyle tygodni, wydać jej ciało w kawałkach i zamknąć drzwi. Taka jakaś szara była - powiedział do żony, gdy wrócił z kostnicy.
Musimy być teraz spokojni - powiedział całej rodzinie. Nie czekać, że władze znajdą mordercę, zamkną, osądzą. Będzie to czekanie daremne. Diabeł ze swej natury jest nie do złapania. Trzeba ufać Bogu, śpiewać i płakać na chwałę Ukrzyżowanego.
Juanita nie miała jeszcze osiemnastu lat, była dziewiątym dzieckiem z rzędu, uczyła się na fryzjerkę, tamtego dnia wyszła na kurs przed szóstą po południu. Miał trwać dwie godziny, miała wrócić prosto do domu, zwykle zabierało jej to pół godziny autobusem 3B, nigdy się nie spóźniała. Nazajutrz mieli pograć w piłkę, lubiła grać z ojcem.
Nazajutrz o świcie jej matka pobiegła do szkoły. Tak, była córka na kursie, wyszła uśmiechnięta. Matka pojechała pytać do szpitala, na policję, do centrum. Biegała po ulicach: zaczepiała przechodniów, ulicznych sprzedawców, żebraków, kierowców autobusów, taksówkarzy. Nikt jej córki nie pamiętał, nikt nie widział. Matka rozwieszała plakaty, ale nikt nawet na nie nie spojrzał: twarze zaginionych dziewczyn na szybach i murach nikogo już tutaj nie dziwią. Ani różowe krzyże na wzniesieniach Christo Negro.

TEKST WOJCIECH TOCHMAN
Copyright by Wojciech Tochman, 2003




Zobacz inne miejsca:

WRÓCILI
DEKOMPOZYCJA



BOŚNIA

Dziś niektóre z tych dzieci są już dorosłe. Przyjechały razem z matkami z Sarajewa,Tuzli, Mostaru, Wiednia, Frankfurtu, Sztokholmu, Nowego Jorku. Mają szerokie dżinsy, dobre buty, włosy na żel i kamery cyfrowe w rękach (będą filmowały dzisiejsze cierpienie matek). Wtedy - dokładnie osiem lat temu - przez wiele godzin bez picia i bez toalety czekali w mocnym słońcu bez pewności, co dalej. I teraz coraz mocniej grzeje, jest coraz więcej ludzi, coraz ciaśniej.


MEKSYK

Pierwsze ciała zamordowanych dziewczyn znaleziono dziesięć lat temu (1993). Było ich dwanaście. Leżały rozrzucone na Lote Bravo. Wiadomo (z układu kości, złamań kręgów i z tego, co dało się wyczytać z nie do końca rozłożonych tkanek), że ofiary były bite, gwałcone, wreszcie uduszone. Ludzie mówią, że od tego czasu Diabeł mieszka w Juarez, ale czy to prawda?

Zdjęcia w serwisie tochman.com.pl - jeśli nie zaznaczono inaczej - wykonał Jerzy Gumowski.
Copyright by Wojciech Tochman. Wszystkie prawa zastrzeżone. Cytowanie krótkich fragmentów tekstów dozwolone jedynie w celach krytyczno-recenzenkich.
W pozostałych sytuacjach cytowanie, reprodukowanie, odtwarzanie, przedstawianie któregokolwiek elementu tej witryny internetowej,
w jakimkolwiek języku i na jakimkolwiek nośniku (w tym na stronach internetowych) bez zezwolenia właściciela praw jest zabronione.