WRÓCILI



Wojciech Tochman

Rano wydawało się wszystkim, że będzie inaczej niż wtedy. Wtedy słońce grzało bez litości, a dzisiaj jest zimno i od rana leje. Samochody (także setki autobusów) zbiły się w długą kolumnę. Serbscy policjanci - ustawieni wzdłuż drogi co sto metrów - włożyli czarne peleryny i pilnują, by nic nie stało się tym, którzy jadą do Potoczar.

Przyjechaliśmy tutaj na wielki pogrzeb. Już nie pada. Tutaj - 11 lipca 1995 roku - ponad dwadzieścia tysięcy ludzi z Srebrenicy szukało ratunku u holenderskich żołnierzy ONZ. Przyszli z sąsiedniego miasteczka, które broniło się dzielnie przez trzy lata, ale tamtego dnia padło: Serbowie przerwali oblężenie i weszli między domy.

I dzisiaj w Potoczarach jest nas blisko dwadzieścia tysięcy. Wychodzi słońce.

Wtedy Holendrzy nie pomogli mieszkańcom Srebrenicy. Do Potoczar zaraz przyszli za nimi Serbowie, obstawili teren, weszli pomiędzy przerażonych, zabierali mężczyzn, odpychali kobiety. Kobiety płakały, dzieci kryły się w ich ramionach.

Dziś niektóre z tych dzieci są już dorosłe. Przyjechały razem z matkami z Sarajewa,Tuzli, Mostaru, Wiednia, Frankfurtu, Sztokholmu, Nowego Jorku. Mają szerokie dżinsy, dobre buty, włosy na żel i kamery cyfrowe w rękach (będą filmowały dzisiejsze cierpienie matek). Wtedy - dokładnie osiem lat temu - przez wiele godzin bez picia i bez toalety czekali w mocnym słońcu bez pewności, co dalej. I teraz coraz mocniej grzeje, jest coraz więcej ludzi, coraz ciaśniej.

Reis-ulema, najwyższy duchowny tutejszych muzułmanów, wzywa Allaha. Bez Boga trudno dziś tu będzie wytrzymać.

Kobietom i dzieciom kazano wreszcie wsiadać do autobusów albo na ciężarówki (działo się to tutaj, koło tych drzew). Zawieziono je - przez Bratunac, Kravicę, Vlasenicę - aż przed linię frontu. Kazano im iść do swoich.

Ale nastoletnich chłopców (wyższych niż sto pięćdziesiąt centymetrów) zatrzymano w Potoczarach, także ich starszych braci, ojców i dziadków. I oni są tutaj między nami. Wrócili. Przynajmniej niektórzy: dwustu osiemdziesięciu dwóch, każdy z imieniem i nazwiskiem, w trumnach.

Najmłodszy - wtedy czternaście lat.

Cmentarz (prostokąt długi na kilometr, szeroki na trzysta metrów) zbudowano przy asfaltowej drodze, na tym polu, gdzie wtedy muzułmańscy mężczyźni czekali na śmierć. Przy tej drodze, którą przez dziesięciolecia i ofiary, i kaci jeździli do szkół, zakładów pracy, na dancing do miasteczka obok. Ostatnio postawiono tu wysokie ogrodzenie z szeroką bramą, zbudowano meczet (lekki dach na słupach, bez ścian), wyznaczono kwatery, ułożono alejki, posiano trawę. Ale dołów wykopano jedynie kilkaset, w północnej części cmentarza. Większość trawy czeka nietknięta. I ludzie, którzy na niej teraz usiedli, czekają na identyfikację ciał swych bliskich. Patrzą z zazdrością na tych, którzy już groby mają.

Wtedy Serbowie zamordowali tu co najmniej siedem tysięcy mężczyzn, do dziś w okolicy trwają ekshumacje masowych mogił. Identyfikacje nabrały tempa dopiero ostatnio, kiedy w Bośni otwarto laboratoria DNA. Na rozpoznanie wciąż czeka kilka tysięcy ciał już wykopanych. Będą w Potoczarach kolejne pogrzeby.

Na północnej stronie cmentarza dwieście osiemdziesiąt dwa otwarte groby, przy każdym: zielona tabliczka z nazwiskiem ofiary, niewielka trumna bez wieka (szczątki zgodnie z tradycją położono na deskach i nakryto zielonym płótnem), kupa ziemi, na niej kolejne deski (żeby nie sypać ziemi na płótno), siedem łopat, już za chwilę będą potrzebne. Słońce pali.

Imam woła wszystkich przed meczet, na południową stronę cmentarza. Zezwala, by - dziś wyjątkowo - kobiety biły pokłony Allahowi wspólnie z mężczyznami. Te, które straciły tu synów, mężów i ojców. Te, które dotychczas miały odkryte głowy, zawiązują chustki. Reis-ulema wzywa wiernych, by pragnienie zemsty zamienili w pojednanie.

Europę, by zadbała o prawdę i o sprawiedliwość.

Świat, by nigdy, nigdzie i nikomu Srebrenica nie przydarzyła się znowu.

Wreszcie wzywa żałobników, by powrócili do grobów i pochowali swych bliskich.

Idą na północną stronę.

Szybko, jakby chcieli już mieć to za sobą. Upał się wzmaga, nigdzie cienia.

Kobiety dotykają trumien, głaszczą je, całują, tulą. Dostały swych mężczyzn tu, gdzie im ich odebrano.

Tłum napiera, groby są ciasno obok siebie. Mężczyźni wkładają trumny do grobów, ale nie każda kobieta chce się na to zgodzić. Któraś krzyczy, matka osiemnastolatka, nie chce się rozstać z synem. Mężczyźni wyrywają jej trumnę, krewne biorą ją w objęcia, leją jej wodę na twarz. Ruszają łopaty.

Serbscy policjanci patrzą na to zza ogrodzenia. Pilnują, by na serbskiej ziemi muzułmańskim żałobnikom nic się złego nie stało. Nie raz, nie dwa autobusy z muzułmańskimi kobietami obrzucono tu kamieniami. Ale dzisiaj jest spokój. Nikt nie chce nikomu zrobić krzywdy. Tutejsi Serbowie mają swoje sprawy: zwożą drewno z lasu na zimę, zbierają plony, gotują coś w kuchniach.

Chciałoby się stąd uciec. Od kilku minut ziemia uderza o deski. Siedem łopat nad każdym z dwustu osiemdziesięciu dwóch grobów. Głuche dudnienie, zwielokrotnione, coraz bardziej donośne. Lament coraz trudniejszy do wytrzymania dla tych, którzy jeszcze się jakoś trzymają. Jedni podtrzymują drugich. Płaczą już i mężczyźni: ci, którzy mają więcej niż dwadzieścia lat, żyją nie wiadomo dlaczego. Pewnie wyemigrowali stąd jeszcze przed wojną i teraz dziękują za to Allahowi.

O nic nikogo nie pytamy.

11 lipca 2003

Copyright by Wojciech Tochman, 2003


Zobacz inne miejsca:

WRÓCILI
DEKOMPOZYCJA



BOŚNIA

Dziś niektóre z tych dzieci są już dorosłe. Przyjechały razem z matkami z Sarajewa,Tuzli, Mostaru, Wiednia, Frankfurtu, Sztokholmu, Nowego Jorku. Mają szerokie dżinsy, dobre buty, włosy na żel i kamery cyfrowe w rękach (będą filmowały dzisiejsze cierpienie matek). Wtedy - dokładnie osiem lat temu - przez wiele godzin bez picia i bez toalety czekali w mocnym słońcu bez pewności, co dalej. I teraz coraz mocniej grzeje, jest coraz więcej ludzi, coraz ciaśniej.


MEKSYK

Pierwsze ciała zamordowanych dziewczyn znaleziono dziesięć lat temu (1993). Było ich dwanaście. Leżały rozrzucone na Lote Bravo. Wiadomo (z układu kości, złamań kręgów i z tego, co dało się wyczytać z nie do końca rozłożonych tkanek), że ofiary były bite, gwałcone, wreszcie uduszone. Ludzie mówią, że od tego czasu Diabeł mieszka w Juarez, ale czy to prawda?

Zdjęcia w serwisie tochman.com.pl - jeśli nie zaznaczono inaczej - wykonał Jerzy Gumowski.
Copyright by Wojciech Tochman. Wszystkie prawa zastrzeżone. Cytowanie krótkich fragmentów tekstów dozwolone jedynie w celach krytyczno-recenzenkich.
W pozostałych sytuacjach cytowanie, reprodukowanie, odtwarzanie, przedstawianie któregokolwiek elementu tej witryny internetowej,
w jakimkolwiek języku i na jakimkolwiek nośniku (w tym na stronach internetowych) bez zezwolenia właściciela praw jest zabronione.